Gravel w Puszczy 40 km - krótki dystans, zero litości
Schodzę z roweru po niecałej półtorej godzinie i patrzę w telefon: Garmin proponuje, żebym przez resztę dnia odpoczął, bo efekt treningu to przeciążenie. Aerobowy na piątkę, beztlenowy na 3,9 - jakby ktoś zapomniał powiedzieć, że to miał być „spokojny" przejazd na czterdzieści kilometrów. Tydzień wcześniej w głowie wciąż siedział Głogów. Tym razem wyszedłem z Puszczy Niepołomickiej z zupełnie innym problemem: nie złudzeniem co do miejsca w protokole, tylko z pustymi nogami po wyścigu, który na papierze wyglądał jak mój wtorkowy trening.
Facebook, Kraków i plan na łatwe czterdziestki
Po SG wciąż czułem echo tamtej porażki - nie dramat, raczej taki tło szum w tle, który przypomina, że jeden dobry start jeszcze niczego nie rozlicza. Przewijałem Facebooka i wyskoczyło wydarzenie: krótki gravel w Puszczy Niepołomickiej, około 40 km. Z Krakowa blisko, miałem wolny dzień, więc stwierdziłem, że spróbuję. Bez wielkiej filozofii.
Kluczowe było moje założenie: skoro to tylko 40 km, to będzie łatwy przejazd. Tyle jeździłem wieczorami po pracy w tygodniu, że dystans sam w sobie nie budził już respektu. Porównywałem go do treningu, a nie do wyścigu - i właśnie tam popełniłem błąd w myśleniu, tylko że dowiedziałem się o tym dopiero na trasie, nie w domu przy zapisach.
Przygotowanie poszło gładko - start już nie
Pakiet, dojazd, rozgrzewka - wszystko poszło jak należy. Po dwóch poprzednich startach czułem się na miejscu już dużo swobodniej. Tylko że flaga poszła i od razu było jasne, że nikt tu nie jedzie „na luzie". Od startu do mety szedłem maksa, ile tylko dałem radę. Zero oszczędzania, zero planu „zostawię siły na drugą pętlę". Krótki dystans wymusił krótką strategię: pełna moc albo koniec.
Na mecie wyszło 50. miejsce na 95 zawodników - środek stawki, bez iluzji podium i bez katastrofy z Głogowa. Garmin po jeździe pokazał średnią 27,3 km/h, średnie tętno 178 i maksymalne 198. Na SG Series średnie tętno miałem 165 przy czterech godzinach w siodle - tutaj przez półtorej godziny jechałem wyścig, który w liczniku wygląda jak morderczy trening interwałowy. Strava dorzuciła TSS na poziomie 321 - w jednym krótkim wyjeździe prawie tyle obciążenia co na moim debiutanckim PBT, tylko bez czasu na myślenie.
Dwie pętle, szybka trasa, inny styl ścigania
Sam wyścig okazał się naprawdę atrakcyjny: szybka, konkretna trasa, trochę inny styl niż na setkach - więcej „od teraz do mety", mniej rozkładania sił. Były dwie pętle po tym samym śladzie, co zwykle by mnie nudziło, ale przy takim tempie nie ma chwili na nudę, jest tylko kolejny zakręt i kolejny zawodnik przed tobą albo za tobą.
Po raz pierwszy poczułem wyścig, w którym nie ma strategii w sensie długiego dystansu - jest tylko decyzja, że nie zwolnisz, dopóki organizator nie zabierze numerka. I to mi siadło. Inny ból niż w Głogowie, inna skala, inna satysfakcja - bez udawania, że 40 km to „tylko" przejazd po pracy.
Co z tego zostało
Ten start nie wyleczył echo SG jednym ruchem, ale przypomniał, że mogę jechać na pełnych obrotach i przeżyć to bez złudzeń co do podium. Krótki format ma swoją logikę - nie prostszą, tylko intensywniejszą.
W tym roku chciałem wrócić na Gravel w Puszczy, tylko za późno zajrzałem w zapisy - lista startowa pełna. Zostawiam sobie to na kolejny sezon. Do tego czasu mam już jedną ważną lekcję zapisową w FIT-ach: kiedy widzę „40 km", nie zakładam lenistwa - zakładam sprint.