Pierwszy gravel - jak zmieniłem niewygodne Rondo RUUT AL0 w wygodny rower

SprzętŁukasz Mikrut15 lipca 2026

Pierwsza jazda na Rondo RUUT AL0 była dużym rozczarowaniem. Sportowa pozycja, drgania na szutrze i brak komfortu sprawiły, że zacząłem żałować zakupu. Dopiero krótszy mostek, szersze opony, system tubeless i kolejne kilometry zmieniły ten sam rower w wygodnego gravela.

Pierwszy gravel - jak zmieniłem niewygodne Rondo RUUT AL0 w wygodny rower

Pierwszy gravel - rower na którym nie dało się jeździć. Dopóki nie zacząłem go zmieniać

19 listopada 2024 roku kupiłem swój pierwszy rower gravelowy - Rondo RUUT AL0. Wiedziałem o gravelach mniej więcej tyle, że chcę jedną tarczę z przodu i ramę pasującą do mojego wzrostu. Po pierwszej jeździe byłem przekonany, że popełniłem kosztowny błąd. Rower był niewygodny, pozycja męcząca, a jazda po szutrze przypominała bardziej walkę ze sprzętem niż przyjemność. Dopiero kolejne kilometry, eksperymenty z ustawieniami, szersze opony i krótszy mostek pokazały mi, jak bardzo można zmienić ten sam rower.

Zakup oparty na dwóch wymaganiach

Nawiązując do mojego poprzedniego wpisu o początkach jazdy na rowerze, po pierwszych miesiącach kręcenia zacząłem rozglądać się za czymś poważniejszym.

Chciałem kupić gravela.

Problem polegał na tym, że o gravelach praktycznie niczego jeszcze nie wiedziałem.

Miałem dwa wymagania.

Pierwsze: napęd z jedną tarczą z przodu.

Drugie: rozmiar ramy powinien pasować do mojego wzrostu.

To było mniej więcej wszystko, co potrafiłem wtedy świadomie ocenić. Nie znałem różnic w geometrii. Nie wiedziałem, jak duże znaczenie mają długość i kąt mostka, szerokość opon, ciśnienie czy ustawienie klamkomanetek. Nie zastanawiałem się nad tym, czy rower ma pozycję sportową, wyprostowaną, długą albo krótką.

Rower miał być gravelowy, dobrze wyglądać i mieć właściwy rozmiar zapisany w tabeli producenta.

Znalazłem na Allegro Rondo RUUT AL0 i 19 listopada 2024 roku go kupiłem.

Wydawało mi się, że najtrudniejsza część jest już za mną.

Nie była.

Pierwsza jazda i pierwsze podejrzenie, że utopiłem pieniądze

Przyjechał kurier. Przyniósł wielkie pudełko. Otworzyłem je, poskładałem rower, ustawiłem wszystko mniej więcej tak, jak wydawało mi się poprawne, i ruszyłem na pierwszą jazdę.

Masakra.

Jak źle.

Jak niewygodnie.

Jak ludzie są w stanie na tym jeździć?

Miałem wrażenie, jakby ktoś próbował rozciągnąć mnie na rowerze kołem tortur. Kierownica była daleko i nisko, plecy protestowały, ręce dostawały, a kontakt z siodełkiem należał do doświadczeń, których nie ma sensu szerzej opisywać.

To nie była delikatna niewygoda w rodzaju: muszę się przyzwyczaić.

To było raczej: chyba popełniłem bardzo kosztowny błąd.

Rower tani nie był. Szczególnie jak na konstrukcję aluminiową. Liczyłem więc, że wsiądę i od razu poczuję przeskok jakościowy. Zamiast tego dostałem zero przyjemności i sporo cierpienia.

Oczywiście przed światem komunikowałem coś zupełnie innego.

Super rower.

Świetnie się jeździ.

Bardzo dobry zakup.

Nie po to człowiek wydaje tyle pieniędzy, żeby później od razu przyznać, że być może kupił sprzęt, na którym nie jest w stanie wygodnie przejechać kilkunastu kilometrów.

Wewnętrznie próbowałem znaleźć jakieś usprawiedliwienie.

Może jestem nierozciągnięty?

Może organizm musi przyzwyczaić się do nowej pozycji?

Może każdy na początku tak ma?

Postanowiłem trochę pojeździć i zobaczyć, czy coś się zmieni.

Pierwsze 300 kilometrów nie przyniosło cudu

Pierwszą dłuższą jazdę zrobiłem 30 listopada 2024 roku.

Przejechałem 59 kilometrów ze średnią 20,6 km/h.

Później przyszły kolejne przejazdy:

Wyniki nie były szczególnie imponujące, ale prędkość nie stanowiła największego problemu.

Najgorszy był komfort.

Pozycja cały czas wydawała się za długa. Na kierownicy opierałem zbyt dużo ciężaru. Ręce i górna część ciała szybko się męczyły. Jechałem, ale trudno było powiedzieć, że poruszanie się tym rowerem sprawiało mi przyjemność.

Zacząłem więc czytać, oglądać i szukać informacji.

Powoli odkrywałem, że kupno roweru w odpowiednim rozmiarze zapisanym na stronie producenta nie oznacza jeszcze, że rower będzie właściwie ustawiony.

Ba, nie oznacza nawet, że jego fabryczna konfiguracja będzie dla mnie odpowiednia.

Pierwsza zmiana, która przyniosła trochę ulgi

Jedną z pierwszych modyfikacji było odwrócenie mostka.

Fabrycznie był ustawiony z kątem ujemnym, przez co kierownica znajdowała się niżej. Dla osoby przyzwyczajonej do sportowej pozycji nie musi to być problem. Dla mnie, człowieka bez wytrenowania, elastyczności i doświadczenia na rowerze z barankiem, zdecydowanie nim było.

Po odwróceniu mostka kierownica lekko się uniosła.

Zmiana nie wyglądała spektakularnie. Nie wymieniłem połowy roweru. Nie kupiłem żadnego zaawansowanego komponentu. Odkręciłem kilka śrub, obróciłem mostek i złożyłem wszystko ponownie.

A jednak zrobiło się trochę lepiej.

Pozycja stała się mniej agresywna. Nie musiałem aż tak mocno wyciągać się do przodu. Nadal było daleko do ideału, ale pierwszy raz poczułem, że z tym rowerem być może da się coś zrobić.

To był ważny moment.

Wcześniej zakładałem, że rower jest po prostu niewygodny.

Teraz zacząłem rozumieć, że być może niewygodna jest przede wszystkim jego aktualna konfiguracja.

Pierwsze 100 kilometrów na Rondo

Po wcześniejszych przejazdach przyszedł czas na pierwszą setkę na Rondo.

W porównaniu z moją wcześniejszą próbą pokonania 100 kilometrów tym razem zabrałem ze sobą trochę jedzenia. Byłem minimalnie mądrzejszy żywieniowo, a rower po odwróceniu mostka dawał już trochę więcej komfortu.

Średnia prędkość wyszła całkiem przyzwoita.

Nie oznaczało to jednak, że wszystkie problemy zniknęły.

Po asfalcie dało się już jechać w miarę normalnie. Nawierzchnia była równa, koła toczyły się przewidywalnie i można było utrzymywać tempo.

Na szutrze zaczynała się inna historia.

Drgania przechodziły przez kierownicę praktycznie bez przerwy. Każdy większy kamień albo poprzeczna nierówność uderzały w ręce. Przednie koło podskakiwało, kierownica żyła własnym życiem, a ja próbowałem jednocześnie utrzymać tor jazdy i nie zaciskać dłoni z całej siły.

Gravel, który miał pozwolić mi komfortowo zjeżdżać z asfaltu, na szutrze był dla mnie znacznie trudniejszy niż na drodze.

Coś tu się wyraźnie nie zgadzało.

Okres ciągłego przestawiania wszystkiego

Zaczął się etap eksperymentów.

Przesuwałem siodełko do przodu.

Później do tyłu.

Podnosiłem je.

Obniżałem.

Zmieniłem kąt.

Po kilku jazdach wracałem do wcześniejszego ustawienia, bo nowe rozwiązywało jeden problem, ale tworzyło dwa kolejne.

Próbowałem inaczej ustawiać kierownicę i klamkomanetki. Czytałem o pozycji na rowerze. Porównywałem zdjęcia. Zastanawiałem się, czy ból wynika z ustawień, braku wytrenowania, złej techniki czy może ze wszystkiego jednocześnie.

Było w tym sporo chaosu.

Nie miałem bikefittera ani doświadczonej osoby, która spojrzałaby na mnie z boku i powiedziała: tutaj masz problem, zacznij od tego.

Wybrałem więc drogę pod wiatr.

Sam szukałem rozwiązań, wprowadzałem zmianę, jechałem, oceniałem efekt i próbowałem ponownie.

Nie była to droga szybka, ale z czasem zaczynałem rozumieć, co mi odpowiada, a co tylko dobrze wygląda w poradniku albo tabeli.

Każda kolejna jazda przynosiła trochę informacji.

Pozycja przestawała być całkowitą zagadką.

Rower powoli zaczynał dopasowywać się do mnie, zamiast zmuszać mnie do dopasowania się do niego za wszelką cenę.

Dwie zmiany, które zrobiły największą różnicę

Z perspektywy czasu mogę wskazać dwie modyfikacje, które najbardziej zmieniły komfort jazdy.

Pierwszą były szersze opony i przejście na system bezdętkowy.

Drugą – krótszy mostek.

Obie zmiany były stosunkowo proste. Żadna nie wymagała wymiany ramy ani kupowania nowego roweru. Razem sprawiły jednak, że maszyna, na której początkowo prawie nie dało się jeździć, stała się naprawdę wygodna.

Szersze opony i znacznie niższe ciśnienie

Fabryczna konfiguracja nie dawała mi na szutrze takiego komfortu, jakiego oczekiwałem od gravela.

Rozwiązaniem okazały się szersze opony zalane mlekiem.

System bezdętkowy pozwolił bezpiecznie zejść z ciśnieniem znacznie niżej, niż odważyłbym się jeździć na klasycznych dętkach. Opona zaczęła lepiej układać się na nierównościach, zamiast odbijać się od każdego kamienia.

Różnica była ogromna.

Nagle szuter nie składał się wyłącznie z serii uderzeń przekazywanych przez widelec do kierownicy. Opony zaczęły pochłaniać część drgań. Koło lepiej trzymało kontakt z podłożem. Rower stał się spokojniejszy, bardziej przewidywalny i mniej męczący.

To była pierwsza zmiana, po której naprawdę poczułem, że jadę gravelem, a nie szosówką wysłaną za karę na kamienistą drogę.

Niższe ciśnienie poprawiło nie tylko komfort.

Pojawiła się również lepsza przyczepność i większa pewność prowadzenia. Zamiast kurczowo walczyć z kierownicą, mogłem zacząć skupiać się na trasie.

Krótszy mostek i koniec ciągłego rozciągania

Drugą kluczową zmianą było skrócenie mostka.

Dzisiaj wiem już, że geometria Rondo RUUT jest dosyć sportowa. Dla wytrenowanej i rozciągniętej osoby taka pozycja może być zaletą. Pozwala mocniej pochylić sylwetkę i jechać bardziej aerodynamicznie.

Dla mnie na początku oznaczała głównie ciągłe wyciąganie się do kierownicy.

Byłem nowym rowerzystą. Nie miałem przyzwyczajonych pleców, odpowiedniej mobilności ani mocnego korpusu. Moje ciało nie było gotowe na długie utrzymywanie takiej pozycji.

Krótszy mostek przybliżył kierownicę.

Nie musiałem już tak mocno sięgać do przodu. Na ręce trafiało mniej ciężaru. Plecy przestały być cały czas napięte. Łatwiej było korzystać z różnych chwytów na kierownicy i utrzymać wygodną pozycję przez kolejne godziny.

To nie sprawiło, że rower nagle stał się turystycznym fotelem.

Nadal był gravelem o sportowym charakterze.

Przestał jednak ze mną walczyć.

Ten sam rower może być wygodny i niewygodny

W internecie często pojawiają się opinie, że jeden gravel jest wygodny, a inny niewygodny.

Po własnych doświadczeniach podchodzę do takich ocen znacznie ostrożniej.

W moim przypadku ten sam Rondo RUUT AL0 był początkowo rowerem mocno niewygodnym. Później stał się bardzo wygodny.

Rama się nie zmieniła.

Geometria zapisana w katalogu również nie.

Zmieniło się natomiast ustawienie pozycji, długość mostka, szerokość opon, ciśnienie i moje własne przyzwyczajenie do jazdy.

Zmieniłem się również ja.

Po kolejnych kilometrach miałem mocniejsze plecy i ręce. Lepiej wiedziałem, jak siedzieć na rowerze. Przestałem cały czas podpierać się na kierownicy. Nauczyłem się rozluźniać chwyt na nierównościach i pracować ciałem.

Dlatego stwierdzenie, że dany rower jest wygodny albo niewygodny, często mówi tylko część prawdy.

Dużo zależy od człowieka, sposobu jazdy i konfiguracji sprzętu.

Ten sam rower może być torturą dla początkującego, dobrze dopasowaną maszyną po kilku zmianach i zbyt zachowawczą konfiguracją dla kogoś, kto oczekuje pozycji typowo wyścigowej.

Kilometry były częścią dopasowania

Najważniejszą rzeczą w całym tym procesie nie był jeden konkretny zakup.

Były nią przejechane kilometry.

To właśnie podczas jazdy powoli poznawałem zarówno rower, jak i siebie. Dowiadywałem się, które dolegliwości wynikają z pozycji, które z braku wytrenowania, a które z niewłaściwego ciśnienia albo zbyt sztywnego trzymania kierownicy.

Nie dało się tego wszystkiego ustalić po jednej rundzie wokół domu.

Każda zmiana wymagała testu.

Czasami wydawało mi się, że znalazłem rozwiązanie, ale po 50 kilometrach pojawiał się nowy problem. Innym razem modyfikacja, która początkowo wydawała się kosmetyczna, po kilku godzinach jazdy robiła ogromną różnicę.

Można ten proces znacznie skrócić, konsultując się z doświadczoną osobą albo korzystając z profesjonalnego bikefittingu.

Ja tego wtedy nie zrobiłem.

Szedłem więc metodą prób, błędów, kolejnych ustawień i następnych kilometrów.

Była to dłuższa droga, ale dzięki niej zacząłem rozumieć, dlaczego pewne zmiany działają.

Samo raczej nie przejdzie

Łatwo uwierzyć, że do niewygodnego roweru trzeba się po prostu przyzwyczaić.

Czasami faktycznie organizm potrzebuje czasu. Pozycja na gravelu różni się od tej znanej z roweru miejskiego albo prostego górala. Plecy, szyja i ręce muszą nauczyć się nowego rodzaju pracy.

Nie oznacza to jednak, że każdy ból należy przeczekać.

Jeżeli coś ewidentnie nie działa, trzeba szukać przyczyny.

Zmienić ustawienie.

Sprawdzić inną długość mostka.

Popracować nad wysokością i pozycją siodełka.

Zweryfikować ciśnienie.

Zastanowić się, czy opony pasują do nawierzchni, po której rzeczywiście jeździmy.

Najgorszym rozwiązaniem byłoby dalsze męczenie się i uznanie, że gravele po prostu takie są.

Nie są.

Przynajmniej nie muszą być.

Samo jednak raczej nie przyjdzie. Trzeba próbować, zmieniać, sprawdzać i wyciągać wnioski.

Czy ponownie kupiłbym Rondo RUUT AL0?

Tak.

Mając dzisiejsze doświadczenie, ponownie kupiłbym ten rower.

Początkowo sprawiał wrażenie maszyny prawie nie do jeżdżenia, ale stosunkowo proste i niedrogie zmiany pozwoliły zrobić z niego bardzo wygodnego gravela.

Nie musiałem wymieniać ramy. Nie potrzebowałem egzotycznych komponentów. Wystarczyło lepiej dopasować sprzęt do moich możliwości i sposobu jazdy.

Rondo nauczyło mnie też bardzo dużo.

To na nim zacząłem rozumieć ustawienie pozycji, wpływ opon, ciśnienia i geometrii. To na nim przejechałem swoje pierwsze dłuższe dystanse i zacząłem naprawdę wciągać się w gravel.

Gdybym od początku dostał rower idealnie dopasowany, prawdopodobnie szybciej zacząłbym czerpać przyjemność z jazdy.

Nie wiem jednak, czy równie dużo dowiedziałbym się o sprzęcie.

Oczywiście istnieje pewien wyjątek.

Gdyby akurat trwała taka promocja na karbonowe Rondo RUUT-y jak obecnie, prawdopodobnie od razu wybrałbym wersję karbonową. Najlepiej z elektronicznym napędem.

I właśnie o tym będzie kolejny wpis z historii moich rowerów.

Bo Rondo RUUT AL0 ostatecznie przestało być sprzętem, którego zakupu się obawiałem.

Stało się rowerem, dzięki któremu zrozumiałem, że wygody nie zawsze trzeba szukać w zupełnie nowej maszynie.

Czasami trzeba najpierw właściwie ustawić tę, którą już się ma.

Dzięki, że dotarłeś aż tutaj

Dzięki za przeczytanie tego wpisu. Mam nadzieję, że moja historia pomoże komuś, kto po zakupie gravela zastanawia się, dlaczego wymarzony rower wcale nie jest tak wygodny, jak miał być. Czasami nie potrzeba nowej maszyny - wystarczy trochę cierpliwości, kilka rozsądnych zmian i kolejne kilometry, żeby wszystko zaczęło działać tak, jak powinno.