WYZWANIE 108 km - setka, która miała być testem a została lekcją pokory

WyścigiŁukasz Mikrut16 czerwca 2026

W piątek wieczorem Garmin mówił: odpoczywaj. Ja znalazłem start w Bielsku-Białej, kliknąłem dystans "wyzwanie" i dopiero GPX z 2285 m przewyższenia pokazał, że to nie będzie zwykła setka. Skończyło się 18. miejscem na 27, ponad 2500 m w pionie, pierwszym mentalnym wypychem i bardzo konkretną lekcją pokory.

WYZWANIE 108 km - setka, która miała być testem a została lekcją pokory

W piątek, 22 maja 2026 roku, Garmin Connect mówił mi raczej: odpoczywaj.

Ja oczywiście pomyślałem coś mniej rozsądnego.

Chciałem w końcu porządnie przetestować nowe Rondo w warunkach wyścigowych. Nie jako pierwszą jazdę, nie jako spokojne poznawanie roweru, tylko normalnie: numer startowy, trasa, tempo, zmęczenie, żywienie, decyzje podejmowane wtedy, kiedy organizm zaczyna już negocjować. Po Polish Bike Tour miałem poczucie, że rower i mieszanka węglowodanowa działają. Brakowało mi tylko mocniejszego sprawdzianu.

Sobota była wolna. W głowie pojawiło się więc proste: może jakieś sto kilometrów, jeśli coś jest blisko?

Kilka minut później trafiłem na Szutry Śląskie w Bielsku-Białej. Niecałe dwie godziny od mieszkania. Zapisy jeszcze otwarte. Dwie trasy do wyboru: "przygoda" na około 60 km i "wyzwanie" na około 100 km.

No to wiadomo. Sto kilometrów. Wyzwanie. Czemu? W sumie nieważne.

Kliknąłem "Zapisz się", opłaciłem start i wróciłem do codziennych obowiązków, jakby nic szczególnego się nie stało.

GPX, który powinien był mnie zatrzymać

Wieczorem uznałem, że wypadałoby chociaż wgrać trasę do Garmina.

Pobieram GPX, wrzucam do urządzenia i nagle widzę: 2285 m przewyższenia.

To był ten moment, w którym powinienem usiąść spokojnie i zadać sobie kilka pytań. Na przykład: czy na pewno chcę jechać impulsowo wyścig z takim profilem? Czy na pewno jestem przygotowany? Czy na pewno "setka" to tutaj najważniejsza informacja?

Zamiast tego zacząłem przeglądać podjazdy.

Dwadzieścia podjazdów. Jeden 422 m w pionie na 5,3 km. Zaraz potem drugi: 350 m na 6,7 km. Patrząc na moje dotychczasowe jazdy, wiedziałem, że po przejechaniu wyjdzie pewnie jeszcze więcej niż w pliku. Garmin przed startem potrafi profil wygładzić, aktywność po jeździe potrafi pokazać swoje. Ale to nie zmieniało najważniejszego: relatywnie do moich przejazdów zapowiadało się rekordowe przewyższenie.

Pojawiła się myśl: będzie grubo.

Nie pomyliłem się wiele.

Przejrzałem jeszcze listę startową. Była krótka, a ja lubię, kiedy na starcie jest więcej zawodników. Zobaczyłem też nazwisko Przemysław Niemiec i zacząłem się zastanawiać, czy to ten Przemysław Niemiec.

Na starcie okazało się, że tak. Ten, który wygrał etap Vuelta a España.

Przyszedł czas prawdziwej próby. Ściganie z nim trwało u mnie kilka chwil, mniej więcej tyle, ile widziałem go na starcie. Potem tyle.

Pierwsze kilometry kłamały

Początek nie zapowiadał katastrofy.

Były strome zjazdy, były podjazdy, ale technicznie nic, co od razu zapalałoby wszystkie lampki ostrzegawcze. Jechało się mocno, ale jeszcze w takim poczuciu, że wszystko jest pod kontrolą. Że to będzie trudne, ale normalne trudne.

Z każdym kilometrem trasa zaczynała jednak dokręcać śrubę.

Moje Vittoria Terrano, opony raczej do suchych i szybkich szutrów, coraz częściej przestawały dogadywać się z nawierzchnią. Były fragmenty mokrego szutru, były miejsca z niepewną przyczepnością, a ja łapałem się na tym, że wcale nie zwalniam wtedy, kiedy koła zaczynały już szukać gripu po swojemu.

To był dziwny balans. Z jednej strony wyścig, adrenalina i chęć jazdy solidnym tempem. Z drugiej: jednak zdrowy rozsądek, który próbował przypominać, że rozbita opona, gleba albo przestrzelony zakręt nie są żadnym dowodem ambicji.

Trzeba było cały czas mieć trasę z tyłu głowy. Ona nie pozwalała jechać automatem.

Największy podjazd i bardzo wolne zwycięstwo

Do najcięższych podjazdów dojechałem już mocno naruszony.

Brak pełnego przygotowania, impulsowy start i konfiguracja roweru, która nie była idealna pod taką trasę, zaczęły się składać w jedną całość. Ciało jeszcze jechało, ale już bez tej swobody, którą miałem na początku. Każdy kolejny mocniejszy fragment kosztował więcej.

Mimo tego postanowiłem, że największy podjazd spróbuję pokonać bez wypychu.

Nie dlatego, że to było racjonalne. Bardziej dla sportu. Dla sprawdzenia siebie. Dla tego małego wewnętrznego "no dobra, zobaczmy".

Średnia miejscami była niewiele ponad 3-4 km/h. To jest taki typ jazdy, w którym niby cały czas się poruszasz, ale krajobraz zmienia się obraźliwie wolno. Czas rozciąga się jak guma. Każdy metr trzeba sobie wyszarpać.

Udało się.

Nie wyglądało to efektownie, ale wyjechałem. Na filmie z trasy są fragmenty z tego podjazdu i myślę, że dobrze pokażą, jak bardzo nie był to romantyczny gravelowy obrazek z katalogu.

Tylko że po takim podjeździe człowiek naturalnie liczy na nagrodę. Zjazd. Odpoczynek. Chwilę ulgi.

Tutaj trasa miała inne plany.

Zjazd, który był cięższy niż podjazd

m dalej, tym mniej było w tym wszystkim klasycznego szutru, a więcej kamieni, wybojów i walki o tor jazdy. Zjazd, który w głowie miał być odpoczynkiem, okazał się jednym z najbardziej wymagających fragmentów dnia.

Ramiona i plecy dostawały bez przerwy. Dłonie od hamowania zaczęły boleć tak, jakby ktoś powoli dokręcał im imadło. A hamować trzeba było cały czas, bo przyczepność była na granicy, nawierzchnia nie wybaczała, a prędkość bardzo szybko robiła się większa niż komfort.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że mimo bólu nie czułem wtedy złości.

To był ten rodzaj trudności, z którym chciałem się zmierzyć. Nieprzyjemny, wymagający, miejscami przesadzony jak na moje aktualne możliwości, ale wciąż czytelny: jest trasa, jestem ja, trzeba przejechać następny fragment. Kilometry szły bardzo wolno, ale szły. A to wystarczało, żeby trzymać głowę po dobrej stronie.

Prawdziwe pęknięcie przyszło później.

Wiatr, który zaczął mnie łamać

W drugiej części trasy pojawił się długi zjazd o bardzo małym nachyleniu. Sporo asfaltu, teoretycznie idealny moment na regenerację.

Teoretycznie.

Wiatr wiał prosto w twarz i skutecznie zabierał prędkość. Zamiast odpoczynku było kręcenie. Zamiast ulgi: kolejny wysiłek. To psychicznie zaczęło mnie łamać bardziej niż kamienie. Bo kiedy zjazd jest trudny technicznie, przynajmniej wiesz, dlaczego cierpisz. Kiedy jedziesz w dół, po asfalcie, a i tak musisz cisnąć, żeby utrzymać przyzwoite tempo, głowa zaczyna mieć pretensje do świata.

Wtedy pierwszy raz poczułem złość.

Nie na siebie jeszcze. Na warunki. Na wiatr. Na to, że nawet tam, gdzie miało być łatwiej, nie było łatwiej.

Dzisiaj wiem, że to była zapowiedź poważniejszego kryzysu. Taki moment, w którym organizm jeszcze jedzie, ale głowa zaczyna już szukać wyjścia awaryjnego.

Pierwszy wypych, którego nie wymusiła trasa

Ostatnia część była serią krótkich, stromych zjazdów i podjazdów.

To nie były już wielkie, majestatyczne podjazdy z profilu. Raczej kolejne uderzenia. Krótkie, ale częste. W sam raz na moment, w którym człowiek ma coraz mniej cierpliwości do wszystkiego.

Na jednym z bardziej stromych podjazdów zobaczyłem nachylenie przed sobą i nagle jakby ktoś odciął mi prąd.

Nie była to bomba. Znam już uczucie braku węglowodanów i to było coś innego. Nie było dramatycznego "nie mogę". Było gorsze: "nie chce mi się".

Po prostu nie miałem ochoty jechać dalej pod ten podjazd.

I tak przyszedł pierwszy wypych, który nie wyniknął z tego, że trasa była nieprzejezdna. Czasem faktycznie nie da się przejechać i trzeba zejść z roweru, koniec filozofii. Tutaj było inaczej. Zszedłem, bo mentalnie odpuściłem.

To zostaje w głowie mocniej niż ból nóg.

Meta na oparach

Ostatnie kilometry były już walką o dowiezienie siebie do mety.

Muszę to nazwać wprost: zlekceważyłem tę trasę. A ona mi za to oddała. Zgruzowała mnie totalnie.

Przed metą został jeszcze asfaltowy podjazd. Kilkaset metrów, które w tamtym stanie wydawały się kilkoma kilometrami. Nie było już żadnej wielkiej narracji, żadnego "teraz finisz". Było tylko dojechać. Jeszcze kawałek. Jeszcze ten fragment. Jeszcze chwila.

Jakoś dotarłem.

I co ciekawe, na mecie nie pojawiło się "nigdy więcej". Nie pojawiło się też "po co ja to robię".

Pojawiła się satysfakcja.

Taka szczera, mocna, trochę niepokojąca, bo razem z nią przyszła myśl: fajnie byłoby przygotować się do tego wyścigu naprawdę dobrze i pojechać go jeszcze raz. Bez lekceważenia. Bez impulsu. Ze świadomością, co ta trasa potrafi zrobić.

Nie wiem, co będzie za rok. Ale jeśli ten wyścig się odbędzie, to kto wie.

Wynik, który nie mówi wszystkiego

Finalnie dojechałem na 18. miejscu na 27 startujących.

Liczby wyglądają tak: 107,72 km, 6:37:10 czasu jazdy, 6:42:54 łącznie, ponad 2500 m przewyższenia, średnia 16,27 km/h, średnie tętno 157, maksymalne 185, TSS 440,1 i 4065 kcal.

Ale suche liczby nie opowiadają najważniejszej części tej historii.

Nie powiedzą, jak inaczej boli zjazd, kiedy miał być odpoczynkiem. Nie powiedzą, jak wiatr potrafi zabrać psychicznie więcej niż kolejny podjazd. Nie powiedzą też, jak dziwne jest zejść z roweru nie dlatego, że się nie da, tylko dlatego, że w głowie na chwilę kończy się zgoda na dalszą walkę.

Ten start był dla mnie największym gravelowym laboratorium doświadczeń do tej pory.

Pierwsza lekcja jest prosta: amator, który chce jechać solidnym tempem, nie może lekceważyć wyścigu tylko dlatego, że dystans zaczyna wyglądać znajomo. Sto kilometrów sto kilometrom nierówne. Arogancja w gravelu nie pomaga, bo trasa bardzo szybko potrafi ją wycenić.

Druga lekcja dotyczy przygotowania. Są starty, po których czułem się dobrze, bo wszystko przed nimi było poukładane. Tutaj było więcej impulsu niż planu. I na takiej trasie to wyszło.

Trzecia lekcja jest dla mnie ważna, bo kryzys nie przyszedł z miejsca, którego się spodziewałem. Mieszanka węglowodanowa działała. To nie była klasyczna bomba. To był długotrwały, wysoki wysiłek, który dobił mnie fizycznie i mentalnie w inny sposób.

Czwarta lekcja prowadzi mnie z powrotem do ultragravel.cc. Właśnie przed takimi startami chciałbym mieć jedno miejsce, w którym da się przeczytać relacje ludzi, zobaczyć oceny trudności i lepiej zrozumieć, na co naprawdę się zapisuje. Nie tylko dystans i przewyższenie, ale charakter trasy. To, czy zjazdy odpoczywają, czy łamią ręce. To, czy szuter jest szybki, czy zmienia się w kamienistą walkę. To, czy "wyzwanie" w nazwie jest ozdobnikiem, czy ostrzeżeniem.

Ja to ostrzeżenie przeczytałem dopiero na trasie.

W piątek wieczorem kliknąłem start, bo chciałem przetestować rower i siebie. W sobotę Bielsko-Biała przetestowała mnie dużo dokładniej, niż planowałem.

I chyba właśnie dlatego ten wyścig zostanie ze mną na długo.


Dzięki, że dotarłeś do końca tej relacji.

Jeśli ten wpis pomoże Ci lepiej ocenić własny start, przygotowanie albo po prostu spojrzeć z większym respektem na pozornie zwykłą gravelową setkę, to bardzo mnie to cieszy. Ja z Bielska-Białej wywiozłem lekcję, którą jeszcze długo będę pamiętał.

Wszystkie kategorie bloga

Dieta
Odżywianie na długie dystanse: co sprawdza się u mnie na trasie, domowe mieszanki i strategie na wiele godzin w siodle.
Wyścigi
Relacje ze startów gravelowych i ultra: jak poszło na trasie, warunki dnia, ubiór, odżywianie w trakcie wyścigu i rower, na którym jechałem. Od pojedynczych startów po podsumowania całego sezonu.
10 wpisów
Treningi
Jak buduję formę przez sezon: plany, tygodnie na rowerze i wnioski z dziennika treningowego.
Sprzęt
Rowery, komponenty i setup gravelowy: osobne wpisy o ramach, oponach i zmianach w sprzęcie, którym jeżdżę na co dzień.
1 wpis