Jak zaczęła się moja jazda na rowerze
Na początku wcale nie było planu na gravel, wyścigi, treningi ani długie trasy. Była za to frustracja. Duża frustracja związana z dojazdami samochodem do pracy.
Miałem do przejechania niecałe 10 km, a często zajmowało mi to prawie godzinę. Rekordowy przejazd trwał około 1 godzinę i 40 minut. Niecałe 10 km w korku. W pewnym momencie jednemu z kierowców skończyło się paliwo, musiał iść na stację, kupić kanister i dolać do baku. Brzmi absurdalnie, ale dokładnie tak wyglądała wtedy moja codzienność.
Można zapytać: skoro samochodem było tak źle, to czemu nie komunikacją miejską?
W mojej sytuacji komunikacja miejska też oznaczała blisko godzinę w jedną stronę. Bez korków, bez awarii, po prostu przez niefortunne połączenie ówczesnego mieszkania z biurem. Frustracja rosła, a sensownego rozwiązania nie było.
Aż pewnego dnia, będąc turystycznie w Warszawie, wynajęliśmy miejskie rowery, żeby dojechać nad Wisłę. I wtedy mnie olśniło.
Rowerem do pracy? 9 km? Przecież to właściwie żaden dystans.
Kupno pierwszego roweru
Niewiele czasu minęło od tego przejazdu miejskim rowerem w Warszawie. Zrobiłem błyskawiczny research, czyli właściwie prawie żaden research, i padło na rower crossowy Romet Orkan 5.
Mam w naturze coś takiego, że żeby ocenić, czy coś mi odpowiada, muszę z tego trochę skorzystać. Nieważne, czy chodzi o rower, samochód, gitarę czy jakikolwiek inny sprzęt. Dopiero po czasie czuję, czy dana rzecz mi pasuje.
Można więc powiedzieć, że proces decyzyjny mam zawsze „ułatwiony”. Ryzykuję w ciemno, sprawdzam opinie, patrzę, czy coś mi się podoba, i jeśli czuję, że może być dobrze, to po prostu kupuję.
Tak było i tym razem. Wszedłem na Allegro, kliknąłem „Kup i zapłać” i 19 sierpnia 2024 roku kupiłem swój pierwszy rower.
Nie wiedziałem wtedy, że ta decyzja aż tak dużo zmieni.
Pierwsze jazdy
Na początku były krótkie testowe jazdy w okolicach krakowskich Błoń. Dojazdy do pracy też szybko weszły w grę i plan właściwie od razu wypalił. Rowerem byłem na miejscu dużo szybciej niż samochodem.
Ale w głowie zaczęło się już dziać coś więcej.
„Dzisiaj trochę szybciej przejechałeś!”
„A może następnym razem pojechać trochę dłuższą trasą?”
„A może sprawdzić, ile da się zrobić?”
Pod koniec sierpnia założyłem konto na Stravie. Kiedy zobaczyłem swoje rekordy i pozycje na różnych odcinkach, wiedziałem już, że raczej się przed tym nie obronię.
Trzeba było zaplanować pierwszą pięćdziesiątkę.
Przejechałem ją na początku września [aktywność Strava]. Później tłukłem kolejne trasy wałami w kierunku Kolnej, z zawrotną prędkością około 16–17 km/h. Serię takich jazd zakończyłem dłuższym wtedy przejazdem w kierunku Niepołomic, na dystansie 63 km.
No i w końcu nadszedł ten dzień.
Pierwsza setka.
Pierwsze 100km
Mając za sobą trochę ponad dwa miesiące jazdy, postanowiłem zaatakować 100 km. Założenie było proste: przejechać dystans w jak najlepszym czasie.
Statystyki wyszły całkiem fajnie, ale to, jak mnie wtedy sponiewierało, pamiętam do dziś.
Miałem ze sobą tylko jedną tabliczkę czekolady i jeden bidon z wodą. Nie miałem jeszcze pojęcia, czym naprawdę jest „bomba”. Coś tam słyszałem w internecie, ale dopiero na trasie przekonałem się, co to znaczy w praktyce.
Ostatnie kilometry były już walką o dojechanie do domu. Wiedziałem tylko jedno: 100 km musi pęknąć.
Kiedy wróciłem i usiadłem na kanapie, to już tak zostałem. Nie było siły, żeby się ruszyć. Jedyne, co udało mi się zrobić, to zamówić burgera, który przywrócił mnie do minimalnej sprawności.
Pomyślałem wtedy, że to chyba bez sensu. Tak się męczyć na rowerze, w moim wieku? Trochę dziecinne.
No i co?
Następnego dnia wstałem i zrobiłem rozjazd.
Totalnie zapomniałem o tragicznym samopoczuciu z poprzedniego dnia.
Pierwsze porównanie rowerów
Kilka dni później pojechałem do siostry w odwiedziny do Holandii. Jednego dnia wynajęliśmy rowery Gazelle i ruszyliśmy na dłuższą przejażdżkę.
Wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, że rower ma jednak znaczenie. Mój Romet nie był może szczytem technologii, ale w porównaniu z ciężką „holenderską Gazelą” różnica była ogromna.
Mniej więcej w tym czasie trafiłem też na kanał Zielonego F16, który wyjaśnił mi, czym właściwie jest rower gravelowy.
Od tego momentu nie minęło wiele dni, zanim znowu wszedłem na Allegro. Znowu bez większego przemyślenia. Znowu kliknąłem „Kup i zapłać”.
Co to było, opiszę w kolejnym wpisie.
Dzięki za przeczytanie. I zachęcam do nieprzemyślanych decyzji - czasem potrafią zmienić życie.
Łukasz