W towarzystwie, potem trochę mocniej
Przed startem umówiłem się z innym zawodnikiem na wspólny, spokojniejszy początek - żeby nie zajechać się na pierwszych kilometrach. Trasa na starcie ma subtelny podjazd, po którym jedzie się tak płynnie, że nachylenia praktycznie nie czuć. Łatwo na nim wejść w zbyt mocne tempo. Trochę w to weszliśmy, potem zwolniliśmy i przez pierwszą część dnia jechaliśmy w mniej wyścigowym tempie. Przyjemnie - można było pogadać o różnych rowerowych sprawach, a przy planie „nie dojechać się" to akurat pasowało.
Po około 80 km postanowiłem trochę przyspieszyć. Chciałem sprawdzić się na własnym tempie i zweryfikować nowości: rower, mieszankę węglowodanów, najdłuższy dystans w moim kalendarzu. Drugą część wyścigu cisnąłem do mety na miarę tego, co miałem w nogach i w planie startu.
Na mecie było 41. miejsce z około 90 na starcie, jazda trwała niecałe 8 godzin i 10 minut, średnia kołowała się w okolicach 23 km/h. Przewyższenia z grubsza tysiąc dwieście metrów w górę i podobnie w dół. Tętno trzymało się w okolicach 150-155, pod koniec skakało wyżej. Pogoda od 15 do 26 stopni - sucho, ciepło, szutry w super stanie. Kompilację z trasy wrzuciłem na YouTube - kilka fragmentów i telemetria, żeby poczuć tempo i te szutrowe autostrady nie tylko z opowieści.
Postojów było niewiele - z GPX wychodzi kilka minut łącznie, ledwo zauważalne w skali całego dnia. W ruchu jechałem trochę szybciej niż średnia z całego wyścigu, bo przerwy prawie nie psuły tempa.