PBT Rozgrzewka 100, mój pierwszy wyścig na gravelu

WyścigiŁukasz Mikrut19 maja 2026

Mój pierwszy wyścig na gravelu - PBT Rozgrzewka 100 pod Gliwicami. Zapisałem się z impulsu, ubrałem jak na Yukon, na starcie miałem tętno 190 i już po mecie wiedziałem, że jeszcze tu wrócę.

PBT Rozgrzewka 100, mój pierwszy wyścig na gravelu

PBT Rozgrzewka 100 - mój pierwszy wyścig na gravelu

Stoję na środku areny w Gliwicach, czekam na falowy start i sprawdzam zegarek: tętno spoczynkowe ponad 100. Plan na ten wyścig brzmi: nie przekraczać 155 bpm - trzymam się go już naprawdę blisko, choć jeszcze nie ruszyłem. To mój pierwszy wyścig w życiu, jego skrót - PBT - równie dobrze mógłby wtedy znaczyć dla mnie cokolwiek. Sto pięć kilometrów później wciąż nie znałem trasy na pamięć, ale wiedziałem już, że na jednym wyścigu się nie skończy.

Zapisałem się na coś, o czym nic nie wiedziałem

Trafiłem na PBT przypadkiem - wpisałem w wyszukiwarkę „wyścig gravel" z energią człowieka, który szuka kursu gotowania pierogów, kliknąłem pierwszy z brzegu, zobaczyłem 100 km i datę, którą jeszcze miałem wolną. Bez rozeznania, czy to lokalna impreza, ogólnopolska seria, jeden start czy cykl. W stylu „jakoś to będzie".

Sam pomysł, żeby w ogóle się ścigać, podsunął mi kanał Zielonego F16. Obejrzałem chyba wszystko, co miał, i to z tych filmów dowiedziałem się, że takie wyścigi w Polsce w ogóle są. Reszta poszła z rozpędu: klik, zapis, „jak nie teraz, to kiedy".

Piątek: śnieg, pakiet i nocleg w Gliwicach

W piątek jechałem po pakiet. Sypał śnieg, a ja w głowie miałem jedno pytanie: jak się ubrać. Miałem za sobą kilka zimowych jazd po okolicach Krakowa, ale wyścig był w mojej głowie zupełnie inną kategorią - przygotowywałem się tak, jakbym pisał doktorat z odbioru pakietu startowego. Lista, druga lista, trzecia lista zapasowa, na wypadek gdyby pierwsze dwie zdradziły.

Na noc zarezerwowałem pokój w Gliwicach, żeby rano nie ścigać się jeszcze z trasą dojazdową. Pojechała ze mną narzeczona, bo gdybym był sam, umarłbym po prostu ze stresu - w tygodniu przed wyścigiem, z każdym kolejnym dniem, napięcie rosło jak szalone. Myślałem, że najgorsze mam za sobą. W sobotę rano okazało się, że pomyliłem się o jedną bramę.

Sobota: brama, arena i sto kilometrów na flaku

Dzień wyścigu zaczął się od niespodzianki, zanim w ogóle dotknąłem kierownicy. Żeby wyjechać samochodem z posesji, na której nocowaliśmy, trzeba było zadzwonić do właściciela - tylko on otwierał bramę zdalnie. Nie odebrał. Ani razu. Dzwoniłem co minutę, jak człowiek, który sam o sobie już wie, że dawno przestał być racjonalny.

Po kilkunastu próbach został nam przypadkowy przechodzień. Tłumaczyłem, że nie jesteśmy włamywaczami, tylko uwięzieni najemcy. Jedyna szansa: żeby zadzwonił domofonem pod adres lokalu, który wynająłem - wtedy otworzę bramę od środka. Bardzo nie chciał. Wcale mu się nie dziwię - sam, gdybym szedł w sobotę rano na zakupy, też bym od takiej historii odwrócił się bez słowa. Kiedy w końcu wyjechaliśmy, stres przed startem miał już godzinę przewagi - a ja jeszcze nawet nie dojechałem pod arenę.

Pod arenę dotarłem na styk, ale udało się jako tako rozłożyć rzeczy i dopiąć ostatnie guziki. Start był falowy - kilkanaście osób co minutę. Kiedy ustawiłem się w swojej fali, tętno spoczynkowe miałem grubo ponad 100. Patrząc na zegarek czułem, że plan „nie wychodzić ponad 155 bpm" ma przede mną sporą przewagę.

Ruszyłem - i już po pierwszej minucie zegarek pokazał ponad 190. Skończyło się dokładnie tak, jak musi się skończyć start, w którym całe życiowe doświadczenie wyścigowe streszcza się w słowie „nigdy": po jakichś czterdziestu kilometrach byłem człowiekiem-flakiem. Nie z braku jedzenia, tylko z przegrzania. Ubrałem się jak na Yukon, jechałem na Śląsku, na początku marca - logika zjadła własny ogon i powiedziała „smacznego".

Mimo to dojechałem do mety bez postojów - poza światłami i ustępowaniem pierwszeństwa. Jedyny moment, w którym omal nie zjechałem z trasy, zafundowałem sobie sam, ufając zegarkowi jak Pismu Świętemu. W miejscu, gdzie trasa się nakładała w drodze powrotnej, mój ówczesny komputer IGP Sport 630S odwrócił mi nawigację o 180 stopni, a ja pojechałem dokładnie tam, gdzie nie trzeba. Dopiero zawodnicy jadący za mną zwrócili mi uwagę, że trasa biegnie zupełnie inaczej. Resztę drogi zrobiliśmy razem - przy czym oni jechali, a ja głównie udawałem, że jadę z nimi planowo.

Na mecie zrozumiałem, że już jest po mnie

Kiedy dotarłem na metę, byłem tak naładowany, że gdy próbowałem coś powiedzieć organizatorowi Oskarowi, narzeczona stwierdziła, że wyglądało, jakbym na niego krzyczał. Sam słyszałem w sobie normalną radość - najwyraźniej między uchem a głośnikiem coś mi się po drodze zgubiło. Długo trwało, zanim się uspokoiłem. W tym samym momencie wiedziałem już na sto procent, że na jednym wyścigu się nie skończy.

Wynik okazał się milszy, niż się spodziewałem: 52. miejsce na 173 zawodników. Jak na debiut - całkiem. Z przygotowania też byłem zadowolony: bez awarii technicznych, energii nie zabrakło, jedzenia miałem na tyle dużo, że nawet z cateringu dla zawodników nie skorzystałem - co w mojej osobistej rowerowej hierarchii graniczy z bohaterstwem. Aluminiowy Rondo Ruut spisał się znakomicie, żadnej historii ze sprzętem. Sporą część tej „dożywionej" jazdy zawdzięczam temu, że wcześniej obejrzałem chyba wszystkie filmy Zielonego F16 - co statystycznie nadal nie czyni mnie ekspertem, ale daje mi pełne prawo do podpierania się tym w towarzyskich rozmowach.

Jednej rzeczy nie ogarnąłem: żeli SIS. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że czarny żel SIS i czarny żel SIS ze złotym paskiem to dwa różne światy - ten ze złotym paskiem ma między innymi sporą dawkę kofeiny. Edukacji w tym temacie nie zdobywa się czytaniem etykiety, tylko nieprzespaną nocą, w której patrzysz w sufit i z lekkim zdziwieniem dowiadujesz się, że własne życie ma więcej do powiedzenia, niż dotąd dawało po sobie poznać.

Co dalej

Pisząc tego posta, mam za sobą niewiele ponad rok od tamtego startu i pamiętam go, jakbym jechał wczoraj. Fizycznie po mecie byłem wyczerpany, psychicznie - tak podbudowany, że gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że jutro mam się stawić jeszcze raz, odpowiedziałbym „okej, ale dziś idę spać". Coś we mnie podpowiadało, że wyścigi mi się spodobają. Po PBT Rozgrzewka 100 nie miałem już co do tego żadnych wątpliwości - ani co do tego, że jeszcze nieraz popełnię dokładnie te same błędy.

Wszystkie kategorie bloga

Dieta
Odżywianie na długie dystanse: co sprawdza się u mnie na trasie, domowe mieszanki i strategie na wiele godzin w siodle.
Wyścigi
Relacje ze startów gravelowych i ultra: jak poszło na trasie, warunki dnia, ubiór, odżywianie w trakcie wyścigu i rower, na którym jechałem. Od pojedynczych startów po podsumowania całego sezonu.
10 wpisów
Treningi
Jak buduję formę przez sezon: plany, tygodnie na rowerze i wnioski z dziennika treningowego.
Sprzęt
Rowery, komponenty i setup gravelowy: osobne wpisy o ramach, oponach i zmianach w sprzęcie, którym jeżdżę na co dzień.
1 wpis