Wataha zima - średnia łapa, gleby i 10/62 po zapaści formy

WyścigiŁukasz Mikrut24 maja 2026

Przy kolumnie na krótką łapę miałem w głowie osiemdziesiąt kilometrów. Podpisałem średnią - sto czterdzieści po śniegu i lodzie, z katarem i bez treningu. 10/62, gleby, koleiny i wyjazd, po którym zacząłem znowu normalnie jeździć.

Wataha zima - średnia łapa, gleby i 10/62 po zapaści formy

Wataha Zima - Średnia łapa, gleby i 10/62 po zapaści formy

Przy uzupełnianiu listy startowej miałem w głowie dystans osiemdziesiąt kilometrów. Byłem niewyspany, z katarem, po tygodniach słabej jazdy i jeszcze słabszego samopoczucia. A podpisałem średnią - sto czterdzieści kilometrów po śniegu i lodzie. Nie chciałem po całym tym wstawaniu i dojeździe do Skarżyska cofnąć się na krótszą trasę.

Jesienią, na Krótkiej łapie, pojechałem pierwsze ultra w tamtym sezonie - 154 km, 16/129, dużo solo, spokojny plan od startu. W styczniu było inaczej. Nie jechałem po lepszy wynik. Jechałem po miesiącach, w których ciało i głowa zaczęły mi się rozjeżdżać.

Końcówka 2025

Pod koniec roku zrezygnowałem z pracy po prawie ośmiu latach na etacie. Do tego doszło zdrowie. Co chwilę pojawiał się nowy problem, a na Sylwestra choroba położyła mnie tak, że pierwszy raz spędziłem tę noc w łóżku. Nie widziałem nawet jednego fajerwerka.

Obok tego była niepewność związana z własnymi projektami. Jednym z efektów jest ten blog, ale wtedy to nie brzmiało jak spokojny plan. Bardziej jak dużo pytań i mało pewnych odpowiedzi.

Na Stravie było to widać od razu: tygodniowe kilometry zjechały prawie do zera, fitness spadł z okolic siedemdziesięciu do dwudziestu kilku. Garmin pokazywał podobny obraz, z HRV wbitym głęboko w dno. Najdziwniejsze było to, że teoretycznie powinienem się regenerować. Jeździłem mniej, a wszystko leciało w dół.

Nie miałem dobrego pomysłu, więc wymyśliłem zimową Watahę. Myślałem prosto: jak to przetrwam, później wszystko inne będzie mniej ważne. Przygotowanie? Kilka krótkich jazd zimą i dolanie mleka w opony w Rondo, żeby móc powiedzieć, że coś jednak zrobiłem. Gotowy na sto czterdzieści kilometrów nie czułem się ani trochę.

Piąta rano i podpis pod średnim dystansem

Wstałem o piątej, żeby zdążyć na start. Im bliżej Skarżyska, tym więcej było śniegu. Termometr w aucie pokazywał, że na zewnątrz jest poniżej minus pięciu stopni.

Kilka dni wcześniej temperatura była dodatnia. Śnieg zdążył się topić, potem zamarzł, a zima dla lepszego efektu wizualnego przykryła to świeżym, białym puchem. Czyli pod kołami były lodowe rynny, tylko ładnie zamaskowane. Bobsleje w wersji gravelowej.

Do bazy dojechałem niewyspany. Z nosa kapało, gardło szczypało, a w głowie miałem prosty plan: krótka łapa. Osiemdziesiąt kilometrów po śniegu i lodzie wydawało mi się i tak wystarczającym sposobem na zniszczenie organizmu.

Odebrałem pakiet i jeszcze zapytałem, kiedy można zejść ze średniej na krótką, bo była taka opcja w trakcie wyścigu. W głowie miałem: po co ja pytam, skoro i tak osiemdziesiąt kilometrów to za dużo. Podszedłem do kolumny z krótką trasą, już prawie miałem podpisać wybór, i wtedy coś przeskoczyło. Nie po to ta cała męka ze wstawaniem, dojazdem i stresem, żeby od razu wybrać najbezpieczniejszą opcję. Podpisałem średnią.

Gleby, koleiny i zimno

Ruszyłem. Rondo pomyliło zawody i zamiast jechać, zaczęło tańczyć po śniegu. A że ja w tańcu na lodzie nie mam wielkiego doświadczenia, to po pierwszym kilometrze była prawie gleba, a po kolejnych kilkuset metrach już pełnoprawna.

No dobra, zostało jakieś sto trzydzieści osiem kilometrów do mety. Zapowiadała się ciekawa przygoda.

Garmin próbował mnie mobilizować i pokazywał minus jeden, minus dwa stopnie, czyli kilka stopni cieplej niż było naprawdę. Strava później policzyła temperaturę odczuwalną około minus dziewięciu. Na trasie liczyło się jednak głównie to, żeby utrzymać koło w dobrej linii.

Najlepiej jechało się w lodowej koleinie. Brzmi dziwnie, ale tam przynajmniej wiadomo było, co robić: albo prowadzisz koła idealnie środkiem, albo leżysz. Nie było półśrodków. Każde spojrzenie w bok, każda próba podziwiania zimowej aury, kończyła się szybkim przypomnieniem, że oczy mają patrzeć przed koło.

Ciało powoli uczyło się fachu linoskoczka. Nie wiedziałem, że człowiek ma tyle automatycznego balansu w plecach. Buty SPD dokładały swoje, bo ratowanie równowagi nogą nie działało tak łatwo jak na płaskich pedałach.

Po drodze były gleby, sanki, hulajnogi i sprint obok roweru. Ten ostatni wariant jest wyjątkowy: coś wyrzuca cię z roweru, a ty z jakiegoś powodu biegniesz sprintem obok niego i próbujesz udawać, że to nadal jest jazda na rowerze.

Dopiero po mecie zrozumiałem jedną rzecz. Na odcinkach dróg posypanych "solą" lekko roztopiony śnieg wypełniał bieżnik tak równo, że z opon robiły się prawie lodowe sliki. Wystarczyłoby się zatrzymać i strzepnąć ten sklejony śnieg. W trakcie jazdy nie wpadłem na to ani razu. Będę wiedział następnym razem.

Na trasie było lepiej, niż myślałem

Największym zaskoczeniem nie były jednak koleiny. Po tych wszystkich perypetiach z końcówki roku nagle poczułem się dobrze. Było zimno, był lód, śnieg, gleby, a ja miałem z tego zwykłą radość. Nie taką udawaną, że "jest ciężko, więc na pewno pięknie". Po prostu jechałem i pierwszy raz od dłuższego czasu czułem, że coś wraca na swoje miejsce.

Same gleby też okazały się mniej straszne, niż zakładałem. Ani mnie, ani rowerowi nic poważnego się nie stało. W praktyce nie czułem się na tej trasie niebezpiecznie. Trzeba było tylko nie robić głupich błędów, na przykład nie zagadywać się z innymi zawodnikami, bo wtedy koncentracja spadała szybciej niż przyczepność.

Po siedmiu godzinach ruchu, 139,4 km, 1369 m przewyższenia, TSS 699, średniej mocy 124 W i tętnie 152 skończyłem na 10. miejscu z 62 na średnim dystansie. Z wynikiem jestem zadowolony. Bardziej cieszy mnie jednak to, że coś się wtedy przełamało.

Kompilację z trasy wrzuciłem na YouTube. Na filmie lepiej widać koleiny, śnieg i te momenty, w których rower miał własny plan na przejazd.

Po mecie

Ten start nie był o podium. Chciałem sprawdzić, czy po tym dołku w ogóle dam radę jechać długo i czy wróci chęć, a nie tylko obawa przed kolejnym wyjazdem.

Po tej Watasze forma zdrowotna zaczęła się powoli odbudowywać. Jeszcze nie od razu i jeszcze z drobną przygodą po drodze, ale mam wrażenie, że to był najważniejszy bodziec.

Jesienna Wataha nauczyła mnie dystansu na trasie. Zimowa pokazała, że czasem trzeba podpisać dłuższą trasę w bazie, nawet kiedy głowa podpowiada krótką. 10/62 zostaje w tabeli, ale ważniejsze jest to, co ruszyło się po Sylwestrze spędzonym w łóżku i grudniu, w którym wykresy wyglądały jak zejście do piwnicy.

 

Wszystkie kategorie bloga

Dieta
Odżywianie na długie dystanse: co sprawdza się u mnie na trasie, domowe mieszanki i strategie na wiele godzin w siodle.
Wyścigi
Relacje ze startów gravelowych i ultra: jak poszło na trasie, warunki dnia, ubiór, odżywianie w trakcie wyścigu i rower, na którym jechałem. Od pojedynczych startów po podsumowania całego sezonu.
10 wpisów
Treningi
Jak buduję formę przez sezon: plany, tygodnie na rowerze i wnioski z dziennika treningowego.
Sprzęt
Rowery, komponenty i setup gravelowy: osobne wpisy o ramach, oponach i zmianach w sprzęcie, którym jeżdżę na co dzień.
1 wpis