SG Series Głogów - drugi wyścig i prysznic z rzeczywistością
Przekraczam linię mety i już świętuję. W głowie stoję na podium, strzelam szampanem, obrastam w piórka - pytam organizatora, na którym jestem miejscu, choć przecież wiem, że jestem w ścisłym czubie. Odpowiedź brzmi: „60. miejsce, gratulujemy ukończenia". Za mną do mety dojeżdża już garstka zawodników. To nie był debiut. To był mój drugi wyścig w życiu - i pierwszy raz zrozumiałem, że licznik na kierownicy i wynik w protokole to dwa różne filmy.
Po PBT zacząłem wierzyć we własne kłamstwa
Miesiąc wcześniej na PBT Rozgrzewka 100 zająłem 52. miejsce na 173 zawodników. Jak na pierwszy start w ogóle - całkiem wysoko. Psychicznie to już nie był debiut: wiedziałem, gdzie jest baza, jak wygląda pakiet, jak smakuje adrenalina przed falą. Tylko że to był dopiero drugi wyścig. Nie miałem żadnej formy w sensie sezonu - miałem jeden szczęśliwy marzec i rozregulowany rozsądek.
Gdzieś mi się w głowie zapętliło, że skoro PBT poszło tak wysoko, to może już „umiem". Poprzedni start zaburzył zdrową ostrożność. Na SG Series w Głogowie Małopolskim pojechałem z dziwnymi oczekiwaniami, których sam bym sobie nie wypisał na liście startowej.
Baza, eskorta i licznik, który nie słuchał rad
Po dotarciu na miejsce wciąż czułem się lekko zagubiony, ale mniej niż miesiąc wcześniej w Gliwicach. Na starcie różnica względem PBT była od razu widoczna: wspólny wyjazd całego pola, na początku eskorta radiowozem policyjnym. Organizator prosił, żeby spokojnie ustawić się w formującym się rozjeździe za samochodem. Patrzyłem na licznik i widziałem regularnie ponad 30 km/h. Na PBT średnia z całego wyścigu wyszła 21,7 km/h - zupełnie inna skala. Coś mi od samego początku nie grało, ale jechałem dalej, bo wszyscy jechali.