SG Series Grąziowa: 100 km pod górę i awaria w lesie

WyścigiŁukasz Mikrut21 maja 2026

Czwarty start sezonu i pierwsza naprawdę górska setka: 103,8 km, 1810 m przewyższenia i zero płaskich odcinków. Jechałem swoje, dobrze czułem się na podjazdach, ale szybki zjazd, snake bite i marsz przez las w butach SPD szybko przypomniały, że gravel uczy nie tylko formy, ale też pokory.

SG Series Grąziowa: 100 km pod górę i awaria w lesie

SG Series Grąziowa - 100 km pod górę i dętka w lesie

Schodzę z roweru po prawie pięciu godzinach: 103,8 km, 1810 m przewyższenia, dziesięć podjazdów w ClimbPro i praktycznie zero płaskich odcinków. To mój czwarty start w sezonie 2025 - po debiucie na PBT, Głogowie i sprincie w Puszczy. Na mecie: 48. miejsce na 64 zawodników. Po drodze, w środku lasu, dowiedziałem się, że wymiana dętki to umiejętność, której jeszcze nie mam, a buty gravelowe SPD są świetne na rowerze i beznadziejne do chodzenia.

Trasa, która nie zna płaskich

SG Series w Grąziowej okazała się dla mnie bardzo wymagająca. Na ponad stu kilometrach uzbierało się 1810 m przewyższenia - ClimbPro wyliczył dziesięć podjazdów. Pierwszy raz startowałem na trasie, gdzie płaskich odcinków właściwie nie było: albo w górę, albo w dół.

Technicznie nie było mi łatwo, ale na podjazdach odnajdywałem się naprawdę dobrze - całkiem przyjemnie mi to szło. Gorzej zaskoczyły mnie zjazdy po szuterze. Teoretycznie zjazd powinien kojarzyć się z odpoczynkiem; u mnie była to jedna wielka koncentracja, kierownica trzymana kurczowo i nieustanne hamowanie. Męczyły mi się ręce, kark i plecy bardziej, niż się tego spodziewałem. Po raz pierwszy miałem profil, na którym zjazd dał mi więcej roboty niż podjazd.

Jazda na swoje

Byłem bardzo zadowolony z tego, jak prowadziłem ten wyścig - przynajmniej do momentu, w którym los zaczął rzucać kamieniami. Po wcześniejszych startach wiedziałem już, gdzie jest moje miejsce w stawce, więc nie zakładałem, że będę walczył wysoko. Koncentrowałem się na własnej jeździe: dać z siebie tyle, ile mam, bez gonienia cudzych ambicji.

Garmin po jeździe pokazał średnie tętno 164, maksymalne 196 i średnią 21,3 km/h przez 4:52:56 ruchu. Strava dorzuciła TSS 772 - spokojniejsze tempo niż na czterdziestce w Niepołomicach, ale przez prawie pięć godzin w górach i w dół to i tak dla mnie solidna robota.

Kamyczek - pierwsza nieprzyjemność

Jakieś trzydzieści kilometrów przed metą spotkała mnie pierwsza „nieprzyjemna" przygoda. Zjeżdżałem szutrową drogą tuż obok drugiego zawodnika i nagle poczułem bardzo silny ból w okolicy dolnej wargi. Początkowo nie miałem pojęcia, co się dzieje - a to wszystko przy dużej prędkości.

Kiedy trochę ochłonąłem, pierwsza myśl: może jakiś szerszeń mnie ugryzł. Ostatecznie okazało się, że to mały kamyczek, który najpewniej wystrzelił spod koła zawodnika jadącego przede mną. Został tylko lekki ślad, więc skończyło się tylko na chwili strachu. Pojechałem dalej, nie przypuszczając, że za moment wpadnę w kolejne tarapaty.

 

Snake bite - kapeć w środku lasu

Kolejne kłopoty zaczęły się na szybkim zjeździe po szutrze, gdzie czasami wystawały kamienie. Jednego nie ominąłem. Poczułem mocne uderzenie tylnego koła i w głowie tylko jedna modlitwa: niech wytrzyma. Tymczasem z tyłu coraz głośniejsza praca koła, coraz większa niestabilność, coraz większe wibracje.

Kapeć - w świecie dętek popularnie zwany snake bite. Bierze się stąd, że w momencie dobicia dętki do obręczy tworzą się dwa przecięcia, które wyglądają jak ugryzienie węża. No cóż, trzeba chyba będzie to jakoś naprawić. Zjechałem na bok.

Podsiodłówka kontra rzeczywistość

W podsiodłówce mam dętkę, zestaw łyżek do opon, mini pompkę - naprawię to bez problemu, tak mi się wtedy wydawało. Jedna myśl chodziła mi po głowie: szkoda czasu, nic innego się wtedy nie liczyło.

Odkręcam koło, „odpakowuję" łyżki. Pierwszy poważny problem: nigdy tego nie ćwiczyłem w spokojnych warunkach. Drugi: w ogóle, że jechałem na dętkach. Próbuję ściągnąć oponę i tu kończy się moja umiejętność - na rozpakowaniu łyżek. Nigdy wcześniej nie wymieniałem dętki. W rowerze cały czas miałem fabrycznie założone opony, obręcze Rondo słyną z trudności wymiany, a same opony Tufo ponoć też nie należą do najłatwiejszych w obsłudze. Dla mnie to była kaplica.

Myślę: zgłoszę DNF, zadzwonię po organizatora, powiem, że jestem w lesie, dętki nie da rady wymienić, poddaję się, mam tego wszystkiego dosyć. Wyciągam telefon - nie ma zasięgu. Dookoła tylko las, w pobliżu żadnych zabudowań. Brakowało mi tylko niedźwiedzia, żeby scenariusz był kompletny - to okolica, w której niedźwiedzie naprawdę mogą się przechadzać.

Marsz w SPD

Nic z tego. Nic z tego. Składam wszystko z powrotem i zaczynam prowadzić rower. Buty gravelowe SPD wcale nie pomagają w marszu. Pogodziłem się, że ten ostatni kawałek - trochę ponad dziesięć kilometrów - pójdę pieszo. Co zrobić. Zawodnicy co jakiś czas mnie mijali, niektórzy pytali, czy wszystko w porządku, ale byli zajęci własnym wyścigiem, więc jechali dalej.

Tak prowadziłem rower chyba z pięćdziesiąt minut.

Pomoc w lesie i lekcja na przyszłość

W końcu zatrzymał się przy mnie Miłosz - człowiek, który uratował mi końcówkę wyścigu. Przy okazji nagrał całą akcję; można to obejrzeć na YouTube. Razem naprawiliśmy koło i już do mety mogłem normalnie dojechać. Ale fart.

Pierwsza wymiana dętki w lesie to lekcja, której nie da się wziąć z książki. Później w domu przejrzałem pół internetu w temacie przejścia na system bezdętkowy, pobawiłem się trochę z mlekiem uszczelniającym. Dętkę mam już tylko awaryjnie, w razie ostatecznego kryzysu. Lekcja od bardziej doświadczonych kolegów chyba nie poszła w piach - którego wystąpienie nigdy nie zostanie przemilczane przez gravelowców.

Co z tego wyszło

Skończyłem na 48. miejscu na 64. Bez incydentu dętkowego byłaby pewnie szansa zakręcić się w okolicach 30 - 31 miejsca - przynajmniej tak mi się wydaje :D

Co przeżyłem na tej trasie, to moje. Trudne sytuacje, ale ostatecznie nic poważnego się nie stało - takie przygody to codzienność każdego zawodnika, tylko z perspektywy żółtodzioba wydarzenie urosło do rangi kosmicznej.

Zabrałem stąd coś ważniejszego niż cyfra w tabeli: wiem, gdzie jestem w stawce, wiem, że na podjazdach potrafię jechać swoje, i wiem, że zjazd po szuterze to nie odpoczynek. A w lesie trzeba umieć naprawić koło, zanim zabraknie zasięgu i zostanie tylko marsz w butach, które do chodzenia się nie nadają.

Wszystkie kategorie bloga

Dieta
Odżywianie na długie dystanse: co sprawdza się u mnie na trasie, domowe mieszanki i strategie na wiele godzin w siodle.
Wyścigi
Relacje ze startów gravelowych i ultra: jak poszło na trasie, warunki dnia, ubiór, odżywianie w trakcie wyścigu i rower, na którym jechałem. Od pojedynczych startów po podsumowania całego sezonu.
10 wpisów
Treningi
Jak buduję formę przez sezon: plany, tygodnie na rowerze i wnioski z dziennika treningowego.
Sprzęt
Rowery, komponenty i setup gravelowy: osobne wpisy o ramach, oponach i zmianach w sprzęcie, którym jeżdżę na co dzień.
1 wpis