SG Series Grąziowa - 100 km pod górę i dętka w lesie
Schodzę z roweru po prawie pięciu godzinach: 103,8 km, 1810 m przewyższenia, dziesięć podjazdów w ClimbPro i praktycznie zero płaskich odcinków. To mój czwarty start w sezonie 2025 - po debiucie na PBT, Głogowie i sprincie w Puszczy. Na mecie: 48. miejsce na 64 zawodników. Po drodze, w środku lasu, dowiedziałem się, że wymiana dętki to umiejętność, której jeszcze nie mam, a buty gravelowe SPD są świetne na rowerze i beznadziejne do chodzenia.
Trasa, która nie zna płaskich
SG Series w Grąziowej okazała się dla mnie bardzo wymagająca. Na ponad stu kilometrach uzbierało się 1810 m przewyższenia - ClimbPro wyliczył dziesięć podjazdów. Pierwszy raz startowałem na trasie, gdzie płaskich odcinków właściwie nie było: albo w górę, albo w dół.
Technicznie nie było mi łatwo, ale na podjazdach odnajdywałem się naprawdę dobrze - całkiem przyjemnie mi to szło. Gorzej zaskoczyły mnie zjazdy po szuterze. Teoretycznie zjazd powinien kojarzyć się z odpoczynkiem; u mnie była to jedna wielka koncentracja, kierownica trzymana kurczowo i nieustanne hamowanie. Męczyły mi się ręce, kark i plecy bardziej, niż się tego spodziewałem. Po raz pierwszy miałem profil, na którym zjazd dał mi więcej roboty niż podjazd.
Jazda na swoje
Byłem bardzo zadowolony z tego, jak prowadziłem ten wyścig - przynajmniej do momentu, w którym los zaczął rzucać kamieniami. Po wcześniejszych startach wiedziałem już, gdzie jest moje miejsce w stawce, więc nie zakładałem, że będę walczył wysoko. Koncentrowałem się na własnej jeździe: dać z siebie tyle, ile mam, bez gonienia cudzych ambicji.
Garmin po jeździe pokazał średnie tętno 164, maksymalne 196 i średnią 21,3 km/h przez 4:52:56 ruchu. Strava dorzuciła TSS 772 - spokojniejsze tempo niż na czterdziestce w Niepołomicach, ale przez prawie pięć godzin w górach i w dół to i tak dla mnie solidna robota.
Kamyczek - pierwsza nieprzyjemność
Jakieś trzydzieści kilometrów przed metą spotkała mnie pierwsza „nieprzyjemna" przygoda. Zjeżdżałem szutrową drogą tuż obok drugiego zawodnika i nagle poczułem bardzo silny ból w okolicy dolnej wargi. Początkowo nie miałem pojęcia, co się dzieje - a to wszystko przy dużej prędkości.
Kiedy trochę ochłonąłem, pierwsza myśl: może jakiś szerszeń mnie ugryzł. Ostatecznie okazało się, że to mały kamyczek, który najpewniej wystrzelił spod koła zawodnika jadącego przede mną. Został tylko lekki ślad, więc skończyło się tylko na chwili strachu. Pojechałem dalej, nie przypuszczając, że za moment wpadnę w kolejne tarapaty.