Start od podjazdu, bez armaty
Warunki w dniu wyścigu były dla mnie idealne: bezchmurne niebo i temperatura akurat taka, jak lubię na długiej setce. Po haśle start większość wystrzeliła jak z armaty, mimo że wyścig zaczął się od dłuższego podjazdu.
Ja tym razem nie odpaliłem się razem z nimi. Miałem opracowaną strategię i starałem się jej trzymać od pierwszego metra: własne tempo, bez gonienia innych na pierwszym wzniesieniu.
To brzmiało prosto na papierze. Na trasie okazało się, że proste wcale nie znaczy łatwe. Ale po raz pierwszy w historii moich startów wiedziałem, dlaczego tak jadę, a nie tylko „jakoś dojadę”.
Trasa trudniejsza niż Grąziowa
Sama trasa była w moim odczuciu podobna do Grąziowej - dużo góry, mało płaskiego - ale trudniejsza, zwłaszcza na zjazdach. Były bardzo szybkie, a co jakiś czas pojawiało się coś, co wymagało pełnej uwagi: kamień, dziura albo zakręt, którego nie dało się przejechać na autopilocie. Zjazd znów nie był odpoczynkiem, tylko pracą. Tylko tym razem nie skończyło się snake bite'em.
Podjazdy czasami były tak strome, że w napędzie 1x11 zaczynało brakować lżejszych przełożeń do naturalnej kadencji. Były momenty, kiedy przez nachylenie przednie koło odrywało się od nawierzchni, ale obyło się bez chodzenia z rowerem. Na takiej trasie to dla mnie już wynik.
GoPro Hero 12 kontra bateria
Przy okazji próbowałem nagrać krótką relację kamerką GoPro Hero 12 Black, którą dostałem na urodziny od narzeczonej. Plan był prosty: wrócić z gotowym materiałem z wyścigu. Nagrywałem tak „sprytnie”, że w połowie dystansu padła bateria i na tym skończyła się moja kariera filmowa tego dnia. Ważniejszy był wyścig; kamera mogła poczekać na lepszy plan ładowania.
Równe tempo do mety
Przez cały wyścig trzymałem swoje tempo i udało mi się utrzymać moc do samego końca. Na setce z ponad dwoma tysiącami metrów w górę to nie zawsze wychodzi. Garmin po jeździe pokazał średnie tętno 158, średnią moc 151 W i TSS 670 po Stravie.
To nie był wyścig z serii „początek na full, koniec na modlitwie”. Bardziej konsekwentna robota przez pięć i pół godziny.
Oficjalnie wyszło 43/91. Pewnie byłaby szansa na kilka pozycji wyżej, bo część zawodników miała problemy z trackerami przez słabą sieć GSM - mój czas w systemie miał kilkadziesiąt minut więcej niż w rzeczywistości. W środku stawki, kiedy walczysz o każde miejsce, taka różnica boli w tabeli.
Ale dla mnie ważniejsze było coś innego. Porównując ten występ do wcześniejszych startów SG Series, czułem, że forma rośnie. Duża satysfakcja, wyścig zdecydowanie na plus.
Co zabieram stąd
Krempna zamknęła dla mnie sezonowy łuk od debiutu i chaosu do startu z planem i wyniku w środku stawki. Zabrałem stąd trzy rzeczy: strategia na starcie działa lepiej niż adrenalina z armaty, równe tempo na setce to umiejętność, którą w końcu poczułem na trasie, a tubeless to nie gadżet - to spokój, którego brakowało mi w lesie po Grąziowej.