Sześćdziesiąt kilometrów solo: cisza, ślady i pytania do Garmina
Potem zaczął się dla mnie najdziwniejszy fragment wyścigu. Przez kolejne sześćdziesiąt kilometrów jechałem sam. Nie widziałem nikogo ani przed sobą, ani za sobą.
Na początku jeszcze myślałem, że to chwilowe. Że zaraz ktoś pojawi się na horyzoncie albo ktoś mnie dogoni. Ale mijały kolejne kilometry, a dookoła dalej była tylko trasa, pola, lasy i cisza.
Na odcinkach gruntowych prawie nie widziałem śladów opon. Normalnie pewnie nie zwróciłbym na to większej uwagi, ale kiedy przez długi czas jedziesz sam, takie rzeczy zaczynają działać na głowę. Zaczynasz się zastanawiać, czy na pewno jedziesz dobrze. Czy nie ominąłeś skrętu. Czy Garmin prowadzi cię właściwym śladem.
Co jakiś czas zerkałem więc na kurs. Wszystko wyglądało poprawnie - trasa prowadziła w stronę miejsca, z którego wystartowaliśmy. Tylko że na takim etapie wyścigu sama logika przestaje wystarczać. Kiedy masz w nogach ponad sto kilometrów i od dłuższego czasu nie widzisz żadnego zawodnika, zaczynasz mieć wątpliwości nawet do rzeczy, które teoretycznie się zgadzają.
Przez chwilę próbowałem sobie tłumaczyć, że może po prostu jestem w takim miejscu stawki, gdzie zrobiły się duże odstępy. Ale im dłużej jechałem sam, tym mniej mnie to przekonywało.
Ostatecznie nie było jednak powodu, żeby zawracać. Kurs się zgadzał, droga się zgadzała, a Garmin cały czas prowadził mnie dalej. Zostało więc robić swoje i jechać przed siebie, nawet jeśli przez długi czas miałem wrażenie, że jestem jedyną osobą na tej trasie.
Końcówka: lusterko, wyprzedzenie i strata w ostatnich kilometrach
Kilka kilometrów przed metą moje wątpliwości co do nawigacji w końcu się skończyły. W lusterku zobaczyłem zawodnika. Pierwszy raz od długiego czasu miałem kogoś za sobą.
Z jednej strony była to ulga, bo skoro ktoś jechał za mną, to znaczyło, że jednak jestem na trasie. Z drugiej strony szybko okazało się, że ta ulga będzie miała swoją cenę.
Niecałe trzy kilometry przed metą zawodnik mnie wyprzedził.
Strata pozycji w samej końcówce trochę boli, zwłaszcza po tylu kilometrach jazdy solo. Miałem jednak świadomość, że na tym etapie nie mam już z czego mocno przyspieszyć. Do mety zostało niewiele, ale po 154 kilometrach nawet te ostatnie minuty potrafią ciążyć bardziej, niż człowiek by chciał.
Dojechałem więc z wynikiem, który brałem na klatę. Była tylko ta jedna myśl: „gdybym jeszcze chwilę utrzymał tempo...”. Tyle że ta chwila też miała swoją cenę, a ja nie chciałem już płacić jej sprintem na ostatnich kilometrach.
MiG-21PF zamiast mety
Tuż przed metą zaliczyłem jeszcze jedną pomyłkę nawigacyjną. Na ostatnim skrzyżowaniu pojechałem nie tam, gdzie trzeba, i zamiast prostej drogi do mety wylądowałem przy stojącym przy trasie myśliwcu MiG-21PF.
Nie był to zaplanowany przystanek ani żadna świadoma decyzja w stylu: „dobra, meta poczeka, obejrzę samolot”. Po prostu źle odczytałem końcówkę trasy. Po ponad sześciu godzinach jazdy i 150 kilometrach w nogach nawet ostatnie skrzyżowanie potrafi zrobić się mniej oczywiste, niż powinno.
Z perspektywy czasu brzmi to dość absurdalnie: zamiast finiszować, nagle stoję przy MiG-u i próbuję zrozumieć, gdzie właściwie jestem. Ale właśnie to dobrze pokazuje, w jakim stanie potrafi być głowa po takim dystansie. Niby meta jest już blisko, niby wszystko powinno być proste, a jednak wystarczy chwila nieuwagi i robisz sobie dodatkową wycieczkę.
W relacji z całej trasy na YouTube widać również ten moment. Dobrze pokazuje, że nie była to żadna „wycieczka do samolotu”, tylko zwykła pomyłka na ostatnim skrzyżowaniu. Gdybym sam tego nie nagrał, pewnie też bym się zastanawiał, czy naprawdę można pomylić drogę tak blisko mety.
Liczby, które zamykają debiutancki sezon
Po sześciu i pół godzinach jazdy Strava pokazała 153,8 km, 1625 m przewyższenia, średnie tętno 157 bpm, średnią moc 151 W i TSS 780. W klasyfikacji zająłem 16. miejsce na 129 startujących.
Jak na pierwszy taki dystans w debiutanckim sezonie, mam z tego dużo satysfakcji. Nie dlatego, że 16. miejsce brzmi jak „prawie podium”, bo nie brzmi. Bardziej dlatego, że widzę postęp względem początku sezonu.
Zaczynałem od pierwszej gravelowej setki, na której już na starcie miałem tętno pod 190. Kończę sezon ultra na Watasze, gdzie przez ponad sześć godzin musiałem nie tylko kręcić, ale też pilnować tempa, jedzenia, nawigacji i głowy. To jest dla mnie największa różnica. Coraz mniej chodzi o to, żeby po prostu mocno ruszyć od początku. Coraz bardziej o to, żeby jechać długo, równo i rozsądnie.
To był ostatni wyścig 2025 roku w moim kalendarzu. Krempna dała mi więcej spokoju i lepszą strategię po problemach z tubelessem. Rozjazd pokazał, że potrafię utrzymać mocne tempo w grupie. Wataha połączyła to wszystko w jeden długi dzień: plan od startu, samotną jazdę w środku, wątpliwości na trasie i wynik 16/129, którego naprawdę nie muszę chować do szuflady.
Po tym starcie wiem, co dalej
Po tym wyścigu mam kilka konkretnych wniosków. Spokojny start i równe tempo na długim dystansie dały mi więcej niż mocne szarpanie od pierwszych kilometrów. W klasyfikacji przesuwałem się skuteczniej wtedy, kiedy jechałem swoje, a nie wtedy, kiedy próbowałem reagować na wszystko dookoła.
Środkowa część trasy pokazała mi z kolei, że solo na ultra to nie tylko nogi. Trzeba też ufać nawigacji, nawet kiedy przez długi czas nie widzisz innych zawodników ani wyraźnych śladów na gravelu.
Końcówka przypomniała jednak, że koncentrację trzeba trzymać do samej mety. Tym razem ostatnia pomyłka wyprowadziła mnie nie na finisz, tylko pod MiG-a. Brzmi śmiesznie, ale w praktyce kosztowało mnie to czas i trochę nerwów.
Wynik 16/129 po około 154 km jest dla mnie dobrym punktem odniesienia przed sezonem 2026. Rok 2025 zamknąłem solidnie. Mam ambicję przejechać dwusetkę, ale mam też już trochę więcej doświadczenia. Wiem, że „krótka łapa” wcale nie musi być krótka, a na takim dystansie potrafię dojechać do mety z wynikiem, który ma sens.