W środę przed Watahą Drogą do Piekła wsiadłem na Rondo i tylne koło prawie stanęło. Hamulec praktycznie je blokował. Kilka tygodni wcześniej zdarzały się sporadyczne problemy - dało się to jakoś ogarnąć. W środę już nie.
Walka o sprawny rower
Telefony do serwisów nic nie dały: przed sobotą nikt nie brał tematu. Spakowałem Rondo i pojechałem szukać po Krakowie. W Tomar Sport na Jasnogórskiej usłyszałem najpierw termin na sobotę - a sobota to był dzień wyścigu. Jak powiedziałem, że startuję, serwisant potraktował sprawę inaczej i doprowadził rower do porządku.
Kontrolnie pojechałem na ustawkę Krakowskiej Karoozeli. Jechało fenomenalnie. Pamiętam tę ulgę bardziej niż samą jazdę - rower znowu był rowerem, a nie projektem awaryjnym.
Przyjazd na Watahę
Na start pojechaliśmy ze znajomym z Karoozeli. Do tej pory zawsze jechałem na wyścigi sam. Wspólna droga od razu zmienia nastawienie: mniej godzin w aucie tylko z myślami o trasie.
W piątek był odbiór pakietów. Na Watasze to zwykle wychodzi na towarzyską posiadówkę w bazie - dużo zawodników, rozmowy, wymiana informacji. Lubię ten moment. Jeszcze nie ma startu, a już widać, że to impreza, na której ludzie ze sobą gadają, a nie tylko odbierają numer.
Nocleg miałem blisko bazy. W teorii sobota rano miała być spokojna. W praktyce ledwo zdążyłem: trzy minuty przed startem wgrywałem w pocie czoła ślad trasy na Garmina.
Dla kogoś, kto dopiero myśli o starcie: baza i klimat wokół Watahy Drogi do Piekła to duża część atrakcji, nie dodatek. Oficjalna strona: watahaultrarace.pl/ddp-2026.
Za mocny początek
Sam wyścig jechał się w bardzo miłej atmosferze. Na trasie łapałem rozmowy z innymi startującymi i wymieniałem informacje. Łatwo było zwolnić albo oderwać się od planu - bo było z kim pogadać i było o czym.
Nie żałuję tych rozmów. Żałuję początku.
Zdecydowanie za mocno otworzyłem wyścig. Na świeżości wszystko wydaje się lekkie. Tempo poszło wyżej, niż powinno, a plan rozłożenia sił został w tyle za rozmowami i tym pierwszym, zbyt pewnym odcinkiem. Że początek był za mocny, poczułem po około 40 km.
Końcówka i widoki
Rachunek wrócił później. Ostatnie podjazdy ledwo dałem radę przejechać. Nogami było już ciężko, tempo się sypało. Tam chyba było to „Piekło" z nazwy wydarzenia.
Przy tym wszystkim trasa była rewelacyjna widokowo. Dużo fragmentów, przy których szkoda było patrzeć tylko w licznik. Jeśli ktoś rozważa Krótką Łapę: dystans to oficjalnie około 150 km i ok. 1400 m podjazdów, a w praktyce (u mnie z GPS) wyszło 152,7 km - i końcówka potrafi dopisać swoje, jeśli za mocno otworzysz dzień.
Skrót z przejazdu: YouTube.
Meta i atmosfera po
Na mecie: 49. miejsce na 183 startujące osoby (Strava). To dla mnie rekord frekwencji. Lubię, kiedy na wyścigu jest naprawdę dużo ludzi. Duża stawka zmienia klimat dnia - więcej ruchu na trasie, więcej rozmów, mniej poczucia pustki.
Po zakończeniu nie rozjechaliśmy się od razu. Posiedzieliśmy jeszcze długo, rozmawiając o doświadczeniach. Atmosfera była świetna. Organizatorom trzeba oddać klimat tej imprezy: chce się zostać po mecie, a nie tylko odhaczyć wynik.
Sezon nie był łatwy. Formy nie zbudowałem zbyt dobrej. Wynik mimo to nie najgorszy.
Krótka Łapa 2025 i 2026
Rok temu na tej samej Krótkiej Łapie czułem się chyba w szczytowej formie - krótkiej, ale swojej kariery. Sezon 2026 oceniam słabiej pod względem przygotowania. Średnia prędkość i tak nie różniła się dramatycznie.
| 2025 | 2026 |
| Dystans | 153,8 km | 152,7 km |
| Czas w ruchu | 6:36 | 6:43 |
| Średnie tętno | 157 bpm | 160 bpm |
| Średnia moc | 151 W | 146 W |
| Średnia (ruch) | 23,3 km/h | 22,7 km/h |
| Miejsce | 16 / 129 | 49 / 183 |
Wyższe tętno przy niższej mocy to ciekawa obserwacja, ale nie przypisuję jej jednej pewnej przyczyny. Warunki, przebieg dnia i stawka nie były identyczne. Większa liczba uczestników w tym roku była dla mnie na plus.
Na koniec
W środę przy zablokowanym hamulcu nie myślałem o Top 50 ani o tabelkach z zeszłym rokiem. Myślałem, czy w ogóle dojadę do soboty na sprawnym rowerze. Dojechałem - i wróciłem z dniem, z którego jestem zadowolony.