Przy zapisach na PBT Rozjazd miałem do wyboru 100 albo 200 kilometrów. Wybrałem dwieście, choć ostatni numer startowy przypinałem w maju i wcale nie czułem, że jestem gotowy na wyścig. Logika była prosta: Rozgrzewka 200 i zeszłoroczny Rozjazd na setce to były szybkie, łatwe trasy z niewielką liczbą wzniesień. Liczyłem, że tym razem będzie podobnie.
Z gotowością było gorzej. Przez ostatnie miesiące brakowało mi formy na ściganie i przekładałem starty jeden po drugim. W końcu stwierdziłem, że nie da się tego odkładać w nieskończoność. Na 3 października też nie byłem gotowy, ale na żaden inny termin nie zapowiadało się lepiej.
Sobota rano
Wstałem o 6:10, zjadłem szybkie śniadanie i pojechałem autem z Krakowa do Gliwic. Blisko na tyle, że nie trzeba nocować pod startem, a przy wyścigu na cały dzień to ma znaczenie.
Na miejscu spotkałem kilka osób znanych z wcześniejszych wyścigów. W debiutanckim sezonie prawie wszyscy w bazie byli dla mnie obcy, teraz było do kogo się odezwać. Raźniej.
Jeszcze przed startem Garmin pokazywał na trasie około 1100 metrów podjazdów. Zapamiętałem tę liczbę, bo miała do mnie wrócić.
Dobry początek i pierwsze hamowanie
Ruszyliśmy chwilę po dziewiątej. Pierwsze 40 km jechało się dobrze: kontrolowałem tempo, a średnia była lepsza, niż spodziewałem się po ostatnich tygodniach. Potem zaczęło się coś, co znałem już z wcześniejszych słabszych dni. Moc w watach niewielka, a tętno i tak siedziało wysoko. Powoli zwalniałem.
Na siedemdziesiątym kilometrze przyszedł kryzys. Poważny. Dzień wcześniej czułem się trochę przeziębiony i w głowie od razu odezwała się myśl, że to właśnie ta konsekwencja. Gdzieś słyszałem, że przy przeziębieniu nie powinno się robić takich wysiłków. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale ta myśl jechała ze mną przez kolejne godziny i wcale nie pomagała.
Walka ze sobą
Kolejne mniej więcej 100 km to nie była radość z wyścigu. To była walka ze sobą i ze stresem, bo cały czas czułem się nie swojo. Rozważałem DNF. Tyle że i tak musiałbym wrócić do auta, a najprostszą drogą do niego była oznakowana trasa. Postanowiłem więc, że będę się toczył.
Tempo rewelacyjne nie było, ale co jakiś czas dojeżdżałem do kolejnych zawodników. Czasem padło kilka zdań, czasem tylko skinienie głową. Dzięki temu kilometry mijały trochę łatwiej, niż gdybym liczył je sam.
W międzyczasie trasa dopisywała swoje. Przewyższenie zostawiło 1100 metrów z Garmina daleko w tyle, a licznik dystansu wyraźnie celował w ponad 200 km.
Zmrok i single
Ostatnie 40 km zaskoczyły mnie. Wróciła siła. Nie wiem, czy to kwestia spadku temperatury, bo po dniu z 28 stopniami końcówka zrobiła się wyraźnie chłodniejsza, czy organizm po prostu przestał protestować. Jechało się przyjemnie, pierwszy raz od wielu godzin.
Na ostatnich kilkunastu kilometrach zapadł zmrok, a trasa weszła na single. Nocna jazda w lesie na wyścigu była dla mnie nowością. Inne skupienie, inny rytm, światło wycinające z ciemności tylko kawałek ścieżki przed kołem. Nie spodziewałem się, że właśnie ta część dnia zostanie mi w głowie najmocniej.
Na metę dojechałem około 19:15, po 10 godzinach i 12 minutach. Strava policzyła 209 km, a Garmin 1620 metrów podjazdów zamiast porannych 1100. W klasyfikacji 43. miejsce na 90 osób z listy startowej, dziesięć osób nie wystartowało. Średnia 20,5 km/h, tętno średnio 152 przy mocy około 128 W. To nie są liczby z dnia, w którym ktoś jest w formie.
Kompilację z trasy wrzucę na YouTube po montażu - [PLACEHOLDER: link YouTube].
Po mecie
Z formy zadowolony nie jestem. Ten rok treningowo był bardzo chimeryczny i w sobotę było to widać na każdym podjeździe. Nie ma co udawać, że było inaczej.
Zadowolony jestem z czego innego. Na siedemdziesiątym kilometrze miałem gotowy argument, żeby odpuścić, i z niego nie skorzystałem. Te dwieście kilometrów to nie jest wynik do tabeli, tylko start, który przerwał odkładanie. Następny będzie już łatwiej zaplanować.